„Ikar”

 

 

 

Osoby dramatu:

 

Ksiądz – Przeciętny, zadbany z lekką nadwagą mężczyzna pod sześćdziesiątkę.

Książę Władysław – Wytworny, szczupły i zawsze wyprostowany - ubogi arystokrata, ojciec Leopolda i mąż ks. Teresy.

Księżna Teresa – Zwyczajna kobieta, matka Leopolda i żona ks. Władysława.

Starszy Dżentelmen – Elegant, mąż Starszej Damy, ok. 80 lat.

Starsza Dama – Dama, żona Starszego Dżentelmena, ok. 80 lat.

Gospocha – Prosta gospodyni z plebanii.

Chłopiec z Gazetami – Zwykły chłopak w wieku ok. 8 lat – młodszy niż pozostali chłopcy, sprzedający gazety. Ubrany jest w przyduży, bury kaszkiet.

Dioklecjan – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Tyberiusz – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Justynian – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Kaligula – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Innocenty – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Klaudiusz – Zwykły chłopak w wieku 10 lat.

Leopold – Zwykły chłopak w wieku 10 lat, syn ks. Władysława i ks. Teresy.

Chór od Ikara – Zgraja dzieci w wieku od 8 do 11 lat.

 

Akt I

 

Scena 1

 

{Okrągły rynek małego miasta, ławka, plac, drzewo, a pod nim małe poletko poziomek. Po jego obrzeżu, od czasu do czasu, przebiega chór złożony z młodych (od 8 do 11 lat) dzieci, a przed nimi leci Ikar. Na środek rynku spada banan, upadek ten widzą widzowie i chłopcy (reszta nie zauważa banana). Banan dzieli scenę na dwie równe części na jednej znajduje się ławka (ze Starszym Państwem), na drugiej drzewo i poziomki. Aby przedostać się z jednej strony na drugą, należy przejść nad bananem.}

 

Chór od Ikara: „Ikar, Ikar…”

 

Starszy Dżentelmen: „Jutro musimy kupić bilety. Tak, koniecznie jutro.”

 

Starsza Dama: „A ja nigdy nie byłam na Wawelu.”

 

Starszy Dżentelmen: „Za dwa dni będziemy w Zakopanem, a za tydzień w Krakowie i zobaczysz swój Wawel. Zapewniam cię, zobaczysz.”

 

Justynian: „Widzicie ich? Wielcy podróżnicy, wszystko widzieli, tacy mądrzy cali.”

{Śmieją się wszyscy chłopcy oprócz Dioklecjana.}

 

Dioklecjan: „Takie śmieszne ‘HA…Ha…ha’. Zostaw ich w spokoju.”

{Śmiech ustaje.}

 

Leopold: „Dajcie spokój, nie kłóćcie się! Lepiej wymyślcie, co będziemy robić.”

 

Justynian: „Po pierwsze idziemy do cienia.”

 

Tyberiusz: „No, cały jestem mokry.”

{Chłopcy przechodzą pod drzewo.}

 

Justynian: „A po drugie zobaczmy, na co nas stać.”

{Wszyscy grzebią po kieszeniach i każdy wyrzuca ich zawartość na ziemie. Innocenty odlicza kilka monet, kładzie je na ziemi a resztę chowa do kieszeni.}

 

Justynian:  „Co ty robisz?”

 

Innocenty: „Daję tyle, ile ktoś dał najwięcej, dlaczego ja mam dawać więcej niż inni?”

 

Dioklecjan: „W kulki sobie lecisz?”

{Dioklecjan śmieje się.}

 

Klaudiusz: „Każdy daje tyle, ile ma. Jak zawsze.”

 

Innocenty: „Aha.”

 

Klaudiusz: „ No to dawaj resztę!”

 

Innocenty: „Dobrze, dobrze, spokojnie, panowie, bez nerwów.”

{Innocenty dokłada resztę.}

 

Dioklecjan: „Ile nam wyszło?”

{Dioklecjan liczy monety.}

„Dwa sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, trzy, trzy...dwanaście.”

 

Justynian: „Ogromna fortuna.”

 

Dioklecjan: „Dużo piniondzorów.”

{wszyscy chłopcy się śmieją.}

 

Tyberiusz: „Zainwestujmy w coś.”

 

Klaudiusz: „Ta jasne, może włożymy do banku.”

 

Tyberiusz: „Ciebie włożymy! Zróbmy z kimś zakład albo zagrajmy w karty, rozumiecie.”

 

Dioklecjan: „ Z kim?”

 

Tyberiusz: „Co z kim? Nie wiem. Tak ogólnie mówię.”

 

Innocenty: „ Puśćmy totolotka.”

 

Tyberiusz: „Ciebie puścimy! Wiesz, jakie są szanse na wygraną? Jak na to, że meteoryt spadnie akurat na nasze miasto.”

 

Innocenty: „A jakie są szansę, że z nieba spadnie banan? To my w totka wygrać nie mamy prawa, a bananami to nas zarzucić mogą?”

 

Justynian: „ Fakt jest fakt.”

 

Dioklecjan: „Wyślijmy totka, najwyżej, co stracimy?”

 

Klaudiusz: „Trzy dwanaście.”

 

Dioklecjan: „Tę fortunę niebotyczną?”

 

Justynian: „Tak dużo piniondzorów. Dużo, dużo.”

{Justynian i Dioklecjan śmieją się}

 

Tyberiusz: „Dobra to wysyłamy i tyle. Chodźcie!”

{Wszyscy chłopacy wstają i odchodzą. Na rynek wchodzi ksiądz.}

 

Starsi Państwo: „Niech będzie pochwalony...”

 

Ksiądz: „Niech będzie, dzień dobry.”

{Ksiądz śmieje się szczerze.}

„Dioklecjanie, pozwól, proszę”

 

Dioklecjan: „Idę”

{Dioklecjan podbiega do Księdza.}

„Niech będzie.”

 

Ksiądz: „Niech będzie. Pomóż mi, proszę, z tą sutanną.”

{Podchodzą w cień drzewa,  Ksiądz zdejmuje sutannę i ubiera ją na lewą stronę, Dioklecjan pomaga mu w tej operacji.}

„A teraz pomóż mi przy poziomkach.”

 

Dioklecjan: „Ależ proszę księdza...”

 

Ksiądz: „Chcesz być ministrantem?”

 

Dioklecjan: „Wtedy kiedy inni mają czas wolny?”

 

Ksiądz: „Chcesz czy nie?!”

 

Dioklecjan: „Chcę.”

 

Ksiądz: „A ogrodnikiem być chcesz?”

 

Dioklecjan: „Chcę.”

  

Ksiądz: „To pracuj i ucz się - ’ora et labora’”

 

Dioklecjan: „’Módl się i pracuj’?”

 

Ksiądz: „W twoim przypadku na razie wystarczy ‘ucz się i pracuj’. Pamiętasz, co ci mówiłem o królu Salomonie?”

 

Dioklecjan: „ Tak.”

 

Ksiądz: „To bądź jak on.... Pamiętaj.”

{Ksiądz i Dioklecjan klękają przy poziomkach.}

„Poziomki zawsze zbieraj w słońcu, pamiętasz?”

 

Dioklecjan: „Tak.”

 

Ksiądz: „Dobrze, to pamiętaj dalej. Zbieraj, zbieraj teraz jest słońce, są potrzebne na dzisiejszy deser.”

{Ksiądz zbiera i zjada, a Dioklecjan układa je na chustce. Na rynek , od strony ławki, wchodzi Chłopiec z Gazetami.}

 

Chłopiec z Gazetami: „Wybrano nowego papieża!”

 

Ksiądz: „Tak mówi ‘nowego’ jakby mogli wybrać starego.”

 

Chłopiec z Gazetami: „Wybrali papieża! Konklawe skończone!”

 

Ksiądz: „Podejdź no, tu Chłopcze Z Gazetami.”

{Chłopiec z gazetami przechodzi nad bananem i podchodzi do Księdza, a ten wstaje, bierze i przegląda jedną, w której na pierwszej stronie jest widoczne (dla widzów) wielkie zdjęcie z gazet i oddaje ja Chłopcu z gazetami.}

 

Chłopiec z gazetami: „Niech będzie pochwalony. Ksiądz nie kupi?”

 

Ksiądz: „Niech będzie. Nie, nie kupię. Szczęść Boże.”

{Ksiądz kontynuuje zjadanie poziomek, a Chłopiec z gazetami oddala się.}

„Jak byłem w seminarium, marzyłem, że zostanę papieżem.”

 

Dioklecjan: „I co?”

 

Ksiądz: „I trafiłem tu do was. Słyszałeś kiedyś o papieżu, kardynale, czy choćby biskupie z tych okolic?”

 

Dioklecjan: „Nie, ale poprzedni papież pochodził....”

 

Ksiądz: „Poprzedni papież w ogóle był fajny. Ciekawe, jaki ten będzie? Bo coś mi się nie widzi. Nosi okulary, to pewnie dużo czyta.”

 

Dioklecjan: „To źle?”

 

Ksiądz: „A co, dobrze? Chcesz mieć papieża w okularach jak bibliotekarz, dziwnie jakoś.”

{Podbiegają chłopcy z kuponem z totolotka trzymanym przez Justyniana.}

 

Dioklecjan:  „Co, wysłaliście?”

 

Justynian: „Cztery, siedem, osiem, dwadzieścia dwa, trzynaście, czterdzieści osiem.”

 

Dioklecjan: „Słyszeliście. Wybrali papieża.”

 

Tyberiusz: „Tak, ale w okularach.”

 

Ksiądz: „No właśnie, w okularach.”

 

Chór chłopców bez Dioklecjana: „Niech Będzie pochwalony.”

 

Ksiądz: „Niech mu będzie.”

{Ksiądz wstaje i odchodzi z poziomkami.}

 

Dioklecjan: „Ty też nosisz okulary.”

 

Justynian: „Nie bądź głupi, przecież Tybek to nie papież.”

 

Dioklecjan: „Nasz ksiądz chciał być papieżem.”

 

Innocenty: „Tak. I wtedy się obudził.”

 

Klaudiusz: „Okularów to on nie ma, ale papież stąd?”

{Słychać grzmot. Pojawia się Chór od Ikara.}

 

Chór od Ikara: „Ikar, burza? Burzaa. Burza. Burza!”

 

Tyberiusz: „Nie chcielibyście pobiegać z nimi czasami? Ja bym chciał czasami, tak mocno bym chciał. Chciałbym biegać, biec bez pamięci ciągle i ciągle przed siebie!”

 

Justynian: „I po co niby? Nic lepszego nie masz do roboty?”

 

Kaligula: „Jak ksiądz marzyciel? Co, może chcesz marzyć o tronie papieskim?!”

 

Justynian: „Nie, to po prostu nie ma sensu. W życiu liczy się pozycja, praca, pieniądze - nie bieg za Ikarem. Ja pójdę do Balcerzaka, ty na warsztat, a reszta też coś znajdzie. Spójrz trzeźwo, nie masz wyboru, to albo nic. Ikar nie istnieje.”

 

Tyberiusz: „Jak nie istnieje? Widzisz tam, oni za nim biegną, może nawet go dogonią!”

 

Justynian: „Nie! Jego tam nie ma. A tamci to wariaci, ich powinni wyłapać. Zrozum, to nie oni za nim biegną, nie on ich prowadzi. On przed nimi ucieka! Ma kolorowe, wielkie skrzydła, a tamci, co, jakie mają szanse. Zrozum to człowieku. Jego się nie da dogonić. Nie da! To nie ma sensu! Więc ostrzegam cię i napominam, nie marnuj sobie życia głupotami..”

 

Tyberiusz: „Ale….Ale ja myślałem.”

 

 

Justynian: „Nie ma, nie ma i tyle. Wydoroślej wreszcie. Skończysz szkołę i do pracy, do uczciwej pracy. Bo to się liczy, a poza ty nie ma nic.”

{Tyberiusz z trudem hamuje płacz.}

 

Chór chłopców oprócz Dioklecjana i Tyberiusza: „ Beksalala, beksa, beksalala.”

{Chór chłopców oprócz Dioklecjana i Tyberiusza się śmieje.}

 

 

 

Scena 2

 

{Wczesny wieczór, wietrzno. Weranda na plebanii, widok rynku w oddali. Na werandzie Ksiądz, ks. Teresa i ks. Władysław. Po werandzie kręci się i usługuje Gospocha.}

 

Ks. Władysław: „I cóż ksiądz sądzi o konklawe?”

 

Ksiądz: „Tym razem krótkie było, drogi książę, nader krótkie.”

 

Ks. Władysław: „Krótkie?”

 

Ksiądz: „Krótkie, bardzo krótkie. Bardzo. A jak deser smakuje drogim gościom? Może wody z cukrem podać?”

 

Ks. Teresa: „Ja dziękuję, lecz deser wspaniały, poziomki jak z południowych krajów.”

 

Ksiądz: „Prawda?”

 

Ks. Władysław: „Czy wie ksiądz może coś na temat nowego papieża?”

 

Ksiądz: „Nie, ale jakoś mi się nie widzi.”

 

Ks. Władysław: „Nie widzi?”

 

Ksiądz: „Nie widzi, bardzo nie widzi. Bardzo.”

{Zaczyna padać, wiać, błyskać się i grzmieć. Przebiega Chór od Ikara.}

 

Chór od Ikara: „Ikar, Ikar. Burza, burza.”

 

Ks. Władysław: „ A ci wciąż marzą i marzą. Czyż nie jest to piękne?”

 

Ks. Teresa: „Piękne? Mój drogi jesteś w błędzie. Jakie piękne? Oni powinni byli już dawno dorosnąć, Mają po osiem, a jeden nawet jedenaście lat, mimo to zachowują się jak dzieci!”

{Wiatr przybiera na sile.}

 

Ksiądz: „Księżna pani ma słuszność, to są kompletnie nie odpowiedzialni ludzie. Kim oni myślą, że zostaną, jaką mają przyszłość?!”

 

Ks. Władysław: „Może należałoby im pomóc?”

  

Ksiądz: „Nie. Co to, to na pewno nie. Oni sami sobie wybrali i sami skazali się na taką przyszłoś.”

{Rozlega się potężny grzmot i piorun trafia koło Księdza, a wiatr wzmaga się jeszcze bardziej i strąca wszystko ze stołu.}

„Oni są żałosni i tyle, nawet najwyższy się ze mną zgadza.”

{Po kolejnym piorunie Ksiądz chowa się w środku plebani}

 

Ks. Teresa: „Jak będziemy wracali to przypomnij mi o mięsie, a właśnie, na co masz ochotę? Mogę zrobić zrazy lub rumsztyki, co wolisz?”

 

Ks. Władysław: „Zrób to, co tobie łatwiej. Myślałem, czy nie odpuścić Leopoldowi lekcji francuskiego i łaciny.”

 

Ks. Teresa: „Mowy w ogóle nie ma, wisi nad nim groźba deklasacji społecznej i schamienia. Zobacz, z kim on się zadaje. Otacza go plebs, a ostatnie, po czym by go można rozpoznać, wykształcenie, ty mu chcesz odebrać, skażemy go na ten los, co tej Ikarycznej hołoty. To absolutnie niemożliwe!”

 

Ks. Władysław: „Wszak nie mamy, czym płacić za lekcje, majątek nie istnieje.”

 

Ks. Teresa: „Choć bym miała nas zagłodzić wszystkich na śmierć, to i tak wbrew jemu, tobie, panu Bogu i wszystkiemu go wychowam!”

{Rozlega się ponownie grzmot.}

 

 

Akt II

 

Scena 1

{Piękny słoneczny ranek dnia następnego, wszystko mokre i w ruinie. Rynek a na nim zepsuta ławka ze Starszym państwem, Złamane wpół drzewo, a pod nim chłopcy.}

 

Chór od Ikara: „Ikar, Ikar…”

 

Starszy Dżentelmen: „Jutro musimy kupić bilety. Tak, koniecznie jutro.”

 

Starsza Dama: „A ja nigdy nie byłam na Wawelu.”

{Na rynek wchodzi Tyberiusz i idzie do drzewa.}

 

Tyberiusz: „Co jest naszym sensem życia?”

 

Justynian: „Odbiło ci”

{Chór chłopców oprócz Tyberiusza śmieje się.}

 

Tyberiusz: „Wczoraj mi powiedziałeś, że celem naszego życia jest praca i zarabianie pieniędzy.”

{Tyberiusz wyciąga kartkę z kieszeni.}

„Wczoraj puściliśmy totolotka i wygraliśmy. Trzynaście razy sprawdzałem! A wczoraj była kumulacja trzydziestu pięciu milionów! I nikt poza nami nie wygrał! Dzwoniłem do nich. Wychodzi nam po pięć milionów na każdego.”

 

Justynian: „Co? Nie, nie…….”

 

Tyberiusz: „Zrozum, człowieku, zrozum, teraz mogę biegać za nieistniejącym Ikarem, do końca życia mogę spokojnie marzyć!”

{Tyberiusz śmieje się szczerze.}

 

Justynian: „Nie. Nie będę tego słuchał! Mieliśmy być zwyczajni! Nie wygrywać! To wszystko przez ciebie! Wszystko zniszczyłeś!”

{Justynian ucieka z rykiem z rynku.}

 

Tyberiusz: „To co? Chodźcie pobiegać.”

 

Kaligula: „Nie, o nie. Wydaje ci się, że wygrałeś w totolotka i już nami rządzisz, nie. Nie będziemy biegali, o nie, nic się nie zmienia.”

 

Tyberiusz: „O co wam chodzi? To nie ja wygrałem. To my wygraliśmy.”

 

Kaligula: „Nieładnie, Tybek, nieładnie na kolegów zwalać własne problemy. No i co? Zawsze chciałem gnojowi dowalić. A teraz sam się naprasza.”

 

Tyberiusz: „Hej, koledzy. Co wam?”

 

Innocenty: „My się nie kolegujemy z gnojem. Masz, kasę musisz oberwać, takie są realia naszego podwórka.”

 

Tyberiusz: „A nasze marzenia, wspólna praca i te pe.”

 

Leopold: „Nie mamy wspólnych marzeń.”

{Leopold pcha jedną ręką Tyberiusza, ten upada i wtedy chłopcy zaczynają go kopać. Tyberiusz wypuszcza z rąk kartkę, którą wiatr niesie pod stopy Starszych państwa.}

 

Starsza Dama: „A ja nigdy nie byłam na Wawelu.”

 

Starszy Dżentelmen: „Jutro musimy kupić bilety. Tak, koniecznie jutro.”

 

 

Scena 2

 

{Droga za miastem, na niej leży umierający Ksiądz, przy nim klęczy Gospocha, modli się i ryczy. Do księdza podbiega Dioklecjan.}

 

Dioklecjan: „Co się stało?”

 

Gospocha: „Przyjdź królestwo twoje….”

 

Ksiądz: „Durna, czas marnujesz na modlitwy. Po pomoc biegnij do wsi.”

 

Dioklecjan: „Co się stało?”

 

Ksiądz: „Biegłem, ba, uciekałem jak spłoszony i trafił mnie piorun.”

 

Dioklecjan: „Czego ksiądz się wystraszył?”

 

Ksiądz: „Miałem sen. Śniła mi się burza w środku nocy, szedłem drogą, tą właśnie. Nic nie padało, jedynie grzmoty uderzały i błyskały się po horyzoncie błyskawice. Kiedy byłem w tym miejscu, z nieba wysunęła się dłoń świetlista i dotknęła mnie palcem wskazującym. Wtedy się obudziłem i wstałem, a teraz tu jestem.”

 

Dioklecjan: „ A dlaczego…”

 

Ksiądz: „Nie zadawaj tylu pytań. Mam ci coś do powiedzenia. Byłem w twoim wieku miałem marzenia, własne prywatnie, a nie masowe globalne, dane mi było żyć w innych czasach. Tobie nie, twój problem; ja jestem szczęśliwy, że umieram i że nikogo nie skazałem na życie w takich czasach nikogo, nie to, co ksiądz biskup Dębkiewicz. Ludzie wyładują swą złość na kimś jak zwykle zresztą. Niestety Żydzi się już skończyli. Oberwie się Ikarianom, zobaczysz, zginą wszyscy, a Ikara zabiją i wyrwą mu ze skrzydeł jego piękne kolorowe pióra, zobaczysz. Ty tu nie pasujesz, chciałeś zawsze biegać z nimi, chciałeś dogonić Ikara, ja wiem, ale dobrze się maskujesz dla tego przeżyłeś.”

{Dioklecjan klęka przy Księdzu.}

„A teraz słuchaj, tak jak stoisz pobiegniesz w tamtą stronę, uciekniesz stąd, rozumiesz, na zawsze.”

 

Dioklecjan: „A rodzice, a koledzy?”

 

Ksiądz: „Módl się o surową dla nich karę i uciekaj.”

{Ksiądz umiera, Dioklecjan biegnie we wskazane przez księdza kierunku i śmieje się z radości.}