"Spełnione marzenie."

 

        Była sobie dziewczyna niby zwyczajna, ale jednak niezwyczajna, imieniem Marzena( lecz wolała imię Aragornia). Fascynowały ją języki i kultura starożytna. Lubiła machać mieczem i piesze lub konne wędrówki. Chodziła do drugiej klasy gimnazjum, bardzo dużo się uczyła. Miała niezwykłą urodę - jak elfia księżniczka, ale inne dziewczyny zazdrościły jej tego i naśmiewały się z niej. Chłopcy nie mieli odwagi powiedzieć jej, chociaż,

że jest ładna. A ona siadywała na parapecie i marzyła. Pragnęła oderwać się od ogarniającej ją życiowej nudy i przeżyć coś naprawdę fascynującego, ekscytującego, a nawet trochę niebezpiecznego......

            Pewnego bardzo ciepłego, lecz niesłonecznego, dnia, gdy Marzena-Aragornia wraz z innymi uczniami przebywała na boisku szkolnym, do szkoły wtargnęło trzynastu czarnych, uzbrojonych w niezwykle długie miecze osobników. Kazali pod groźbą śmierci zebrać wszystkich na boisku wewnętrznym.

Kiedy zostało to wykonane, straszni, czarni osobnicy, nie odkrywając twarzy stanęli wokół zebranych. W jednej chwili niebo pociemniało jeszcze bardziej, a słońce skryło się za ciężkimi, ciemnymi, owcami wypasanymi na niebieskich łąkach przez wietrznego pasterza.

Marzena schowała się trwożliwie pomiędzy chłopakami, a gdy ci spytali ją o powód tego nagłego strachu, ona równie cicho odpowiedziała:

- To są Czarni.

Ci przekonani, że coś takiego nie istnieje, przekazywali to innym ze śmiechem. Wkrótce wszyscy o tym mówili i naśmiewali się z jej zabobonnego strachu przed czymś nieistniejącym.

Nagle jeden ze strasznych napastników zasyczał jak to tylko Czarny potrafi:

- Sssssspokój, jeśli jeszcze ktośśś się odezwie się, to go zzzzzabiję!!!

Wówczas wszyscy w przerażeniu zamilkli jakby ktoś rzucił na nich urok, zaczarował.

Zapadła cisza jak makiem zasiał, nic już nie zmąciło tej napiętej atmosfery i niezwykle mocnego klimatu, pełnego grozy, wręcz grobowego.

- Żądamy-odezwał się Czarny-by z każdej starszej klasy wystąpił jeden śmiałek, by się zzzz nami zmierzył, inaczej zabijemy wszystkich.

Ze wszystkich wskazanych klas wybrano straceńców.

Najbardziej emocjonowała się druga A gimnazjum:

- Ja pójdę! Jestem najsilniejszy z was!

- Nie! Ja! Jestem z was najmądrzejszy!

- Idź się lepiej schowaj, gryzipiórku! Tu trzeba siły!

- I odwagi!

- To ja! Jestem najodważniejszy i najsprytniejszy z was wszystkich!

- Co ci po tym, jak nie umiesz władać mieczem.

- Hej! A może ty umiesz?!

- Tak.

- Ha! Ha! Ha! Odejdź, mała!

- Dlaczego?

- Bo dziewczyny NIE WALCZĄ!!

- Są za słabe! I mdleją na widok krwi!

- Ja nie.

- Gadanie! Tu trzeba kogoś...

- Zręcznego, zwinnego, szybkiego.

- A ty skąd wiesz, mała?!

- Nie jestem mała.

- Hej! chłopaki! Ona się sama prosi o śmierć! Dajmy jej to czego chce!

- OK. Jedna baba mniej!

- Dobra, idź to twoja życiowa szansa!

I zaczęło się. Wszyscy jeden po drugim ginęli, bo nikt nie potrafił władać mieczem. Na boisku szkolnym została tylko Marzena-Aragornia i jej przeciwnik.

Wzięła do ręki miecz i uśmiechnęła się tajemniczo, przyjmując wyzywającą pozę prowokującą do ataku. Patrzyła uważnie i badawczo na przeciwnika, ukrywając przed nim wzrok pod długimi rzęsami. Ten z sykiem natarł, ale ona zrobiła unik

i błyskawicznie się odwróciła doń, odparowując cios za ciosem.

Po kilku atakach przeciwnika Marzena-Aragornia znała już taktykę walki wroga, więc mogła dostosować swoją, by była skuteczna.

 Nie trwało to długo, jak sama zaczęła atakować. Podczas gdy ona walczyła, wszyscy z zapartym tchem śledzili każdy ruch, każde uderzenie jej i wroga. Wkrótce zmęczenie dało się jej we znaki, coraz trudniej było jej odpierać ataki.

Wreszcie zadała decydujący cios.

On jej rozpłatał pół ramienia, ale ona ścięła mu głowę.

Wszyscy na ten widok podnieśli wielki okrzyk radości (lecz ona już tego nie słyszała, czuła, że ogarnia ją wielka niemoc, że zaraz zemdleje). Upadła na kolana ze zwieszoną głową. Poczuła, że ktoś ją podnosi z klęczek, bierze na ręce. To był dowódca Czarnych.

On i pozostali zaczęli w pośpiechu opuszczać gmach szkoły.

Gdy ktoś próbował mu ją wydrzeć, ten mówił:

- On jest mój. Niedługo umrze. Każdy, kto zabije jednego z nas, musi umrzeć!

     

Wydostawszy się ze szkolnych murów wsiedli na konie i odjechali.

Galopowali ulicami miasta. Potem był szaleńczy cwał. Jechali jakby ich goniono, jakby ścigali się z dniem i nocą, światłem i ciemnością, wiatrem i słońcem, księżycem i gwiazdami...

Zatrzymali się dopiero siódmego dnia pod wieczór na krótki popas dla koni. Oni nie potrzebowali niczego do życia, prócz obecności istoty związanej z mitycznym "korzeniem Lota".

Marzena-Aragornia na tyle oprzytomniała, że mogła sobie opatrzyć tę ranę.

Po tej krótkiej chwili wytchnienia ruszyli w dalszą drogę. Nie pędzili już tak szybko. Widocznie czegoś szukali. Tylko czego? To miało się wkrótce wyjaśnić.

O zmroku, gdy już miasto spało, gdy zaprzestano jakichkolwiek poszukiwań; Czarni otworzyli prostokątny portal jaśniejący w mroku i

jeden po drugim  znikali za oślepiająco jasną ścianą. Gdy już wszyscy znaleźli się po drugiej stronie portalu, zniknął nie pozostawiając po sobie najmniejszego chociaż śladu. Okazało się, że są w zupełnie innym świecie. W świecie Czarnych. Byli u stóp Wzgórza Burz w trzeciej części drogi z Grei do Ledinevir.

Musieli przekroczyć Rzekę Elfów, której nigdy  nie przekroczył nikt o złym sercu i podłych zamiarach.

Po kilku dniach jazdy dotarli nad brzeg tej wspaniałej i zaczarowanej rzeki. Było południe. Słońce jaśniało na bezchmurnym niebie. Czarni zaczęli przekraczać tą wodną granicę. Już byli na jej środku, gdy rzeka nagle wezbrała. Z dala szła potężna, hucząca fala. Czarni wpadli w popłoch. Uciekali.

Po chwili fala zmiotła ich.

              Kiedy wzburzone wody Rzeki Elfów opadły, wartownicy patrolujący brzegi rzeki ujrzeli jakąś postać leżącą na brzegu. Ostrożnie podeszli. Zdumiewał ich jej wygląd(ubranie, włosy, twarz...).

Nagle ta postać poruszyła się. Elfi wartownicy odeszli na odpowiadającą im odległość tak, by dziwna istota  wyrzucona tu po naruszeniu granicy Wielkich Równin z państwem Ledinevir, nie zauważyła istot bacznie przypatrujących się jej.

Ona wstała nie oglądając się wokoło, następnie otrzepała się z nadbrzeżnego piachu i weszła w gęsty, zielony las rosnący nieopodal.

             Gdy tak szła, zobaczyła wielkie i jakby lśniące osobliwym światłem drzewo, przypominające dąb lub drzewo żelazne. Doszła do tego drzewa, jak się później dowiedziała, zwanego Drzewem Życia.

Osunęła się u jego stóp. Zemdlała. Wtem podeszła doń kobieta w bieli i uklęknąwszy pochyliła się nad nią. Coś do niej szeptała przez łzy.

Nagle zza drzew wyłoniła się ciemniejsza sylwetka mężczyzny, który zawołał kobietę po imieniu, gdyż nie wiedział, co się stało. Podszedł bliżej i zobaczył dziwnie wyglądającą postać, nad którą pochyla się jego towarzyszka. I odezwał się w te słowa :

    -  Anewro?! Znasz go? Anewro, odezwij się!

    - Ten przybysz jest trzecią osobą, której drzewem jest: Drzewo Życia. Jest taki słaby. Nie wiem, kim jest, jak się nazywa ani co tu robi.

-         Nie płacz, on jeszcze nie umarł. Pomożemy mu i ozdrowieje.

-         On nie może umrzeć!!! Rozumiesz?!! Nie może!!

-          Ależ rozumiem. A twój krzyk i łzy nie pomogą mu, nie dodadzą mu sił ani nie wyleczą. Uspokój się.

-         Chyba jest ranny, nie patrzyłam. 

-         Trzeba było to uczynić, Anewro.

-         Nrogar, zrób coś! On się wykrwawi!

-          Dobra, zrobimy tak: ja wezmę rannego, a ty odgarniaj krzaki przede mną.

-         Zgoda. Idź tuż za mną.

I poszli. Po chwili znaleźli się na rozległej, ukwieconej polanie, na której stał lśniący niczym olbrzymi diament pałac Estera. Weszli do środka poszukując pana domu, który mógłby uratować przybysza.

Znaleźli go w jednej z sal. Podeszli doń z prośbą o ratunek dla nieznajomego. Ester kazał go położyć na łożu niezwykłych rozmiarów i wszystkim wyjść, a sam zajął się rannym. Nazajutrz życiu przybysza nie zagrażało już żadne niebezpieczeństwo.